wtorek, 09 lutego 2010
SNC 2010: Zgodnie z planem

Walijczycy po pojedynku z Anglikami pewnie mają na ten temat inne zdanie, ale był to jedyny mecz, gdzie należało oczekiwać emocji, i wskazanie jednoznacznego faworyta nie było możliwe. W pozostałych spotkaniach Irlandia gładko i zgodnie z przewidywaniami pokonała Włochy, a Francja Szkocję.

Wspomniany mecz Anglia – Walia budził największe emocje. Pojedynek rozgrywany na Twickenham przy ponad 80.000 widzów miał dać odpowiedź w jakiej formie znajdują się Anglicy, którzy nie wygrali SNC od 2003 roku, a z drugiej strony czy Walię stać na powtórzenie wyczynu z 2008 roku, gdy wygrali puchar. Wynik 30-17 dla Anglii nie oddaje w pełni tego co działo się na boisku, wskazywałby bowiem, że Anglia dość łatwo odniosła zwycięstwo. Kluczowym jednak momentem była 33 minuta i wykluczenie Aluna Wyn Jonesa za podcięcie atakującego rywala. Żółta kartka i osłabienie drużyny spowodowało, że Anglia zdobyła dwa przyłożenia (oba z podwyższeniami) i wykorzystała rzut karny przyznany za omawiane zagranie. Z remisu 3-3 błyskawicznie zrobiło się 20-3 już na początku drugiej połowy. Walia walczyła, doprowadziła nawet do stanu 20-17 na 8 minut przed końcem, jednak strat nie odrobiła.

Można pogdybać „co by było gdyby” Walia przez cały czas grała 15 zawodnikami, jak wtedy zakończyłby się mecz. Nie zmieni to jednak faktu, że to Anglicy mogą się cieszyć, tryumfuje ich trener, Martin Johnson, którego posada od dawna też nie jest pewna. Potwierdziło się natomiast, ile dla Anglii znaczy Johnny Wilkinson. Reprezentacje z nim i bez niego, to dwie różne reprezentacje.

Graczem meczu uznany został James Haskell, który dał Anglii dwa przyłożenia. Szczególnie istotne było to drugie, na 25-17, po przechwycie i szybkiej kontrze.

Druga kolejka już w ten weekend. Wielkie emocje zapowiadają się na Stade de France (13.02.2010r.), gdzie gospodarze podejmą obrońców tytułu, Irlandię. W pozostałych meczach Walia podejmie Szkocję, a Włochy Anglię. Anglia ma tym samym szansę bardzo dobrze wejść w turniej, i podbudowana dwoma zwycięstwami kto wie, jak zaprezentuje się w pozostałych meczach.

15:09, reventon710 , Rugby
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2010
Wszyscy Święci balują...

…w Nowym Orleanie. Od kiedy zakończył się 44. Super Bowl, pewnie do teraz tłumy kibiców Saints ŚWIĘTUJĄ wygraną ich drużyny.

W 5 lat, po katastrofie związanej z uderzeniem huraganu Catrina, który niemal zmiótł New Orlean z powierzchni ziemi, miasto to stało się centrum futbolu amerykańskiego. Przynajmniej na rok, do kolejnej edycji, ale kto wie, jak Saints będą się spisywać w kolejnym sezonie i być może obronią tytuł?

Po raz pierwszy widziałem Super Bowl na żywo. Poprzednie dwie edycje (New England Patriots vs New York Giants i Arizona Cardinals vs Pittsbourgh Steelers) oglądałem albo z opóźnieniem, albo w skrótach. Omijała mnie więc za każdym razem cała otoczka meczu, o której nie mniej się rozmawia, czyta i słyszy, niż nieczęsto o samym meczu. Tym razem było jednak inaczej, mecz można było obejrzeć z polskim komentarzem, więc dlaczego nie wykorzystać takiej okazji.

Wrażenia? Na pewno zawiodła pierwsza połowa, w której zobaczyliśmy tylko jedno przyłożenie. Niski wynik (10-6 dla Colts) i mało emocji do przerwy wynagrodzone zostały jednak zaraz po wznowieniu gry – od pierwszego – jakże zaskakującego! – kopnięcia Saints, po ostatnie próby zdobycia punktów przez Colts. Zwroty akcji w trzeciej kwarcie (przyłożenie za przyłożenie, cios za cios), po wyrównaną walkę w czwartej i przypieczętowujący wygraną Saints przechwyt, ponad 70-jardowy rajd i przyłożenie Tracy’ego Portera. Emocji w drugiej połowie na pewno nie zabrakło. Duże wrażenie zrobiła na mnie gra obu quarterbacków – Peytona Manninga z Indianapolis Colts i Drew Breesa z New Orleans. Świetne rozgrywanie, dobre, celne podania. Jedyny wyjątek to podanie Manninga, które zakończyło się wspomnianym wyżej przechwytem Portera. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie trener Saints – Sean Payton. Potrafił podjąć ryzyko. Nie grał zachowawczo, ale odważnie. Choćby w drugiej kwarcie, gdy jego drużyna podjęła czwartą próbę przyłożenia (za 6 pkt.), zamiast próbować kopać między słupy za 3 pkt. Wtedy ryzyko nie popłaciło, ale kolejne decyzje – znów ryzykowne – o sposobie wznowienia gry zaraz po przerwie (piłka została u Saints) i przede wszystkim szukanie przyłożenia za 2 pkt. zamiast kopania za 1, po przyłożeniu w tej samej kwarcie, zasługują na uznanie. Zasłużył, by wylać mu wiadro Gatorade’a na plecy ;-)

Mieszane uczucia mam natomiast co do samej otoczki meczu. O ile rozumiem półgodzinny wstęp do meczu, uhonorowanie zasłużonych zawodników ich wejściem do Hall of Fame, odśpiewanie hymnu, uroczyste losowanie stron itd., to kompletnie nie widzę sensu grania koncertu w przerwie. Występ The Who trwał może nieco ponad 10 minut, za to kolejne 10 zajęło zbudowanie sceny na środku boiska, przez olbrzymią armię ludzi, i kolejne 10 minut trwało jej zdemontowanie. Wg mnie to sport powinien być najważniejszy. Skoro zaczęliśmy grać, to grajmy, żyjmy atmosferą meczu, tego wielkiego święta jakim jest w USA, nawet podczas przerwy. Koncert mógłby się odbyć wcześniej, przed meczem, jako wstęp i zapowiedź spotkania. Wtedy też mógłby trwać dłużej.

Zastanawia mnie fakt – co Nowy Orlean ma w sobie takiego, że pozwala budować świetne drużyny z ludzi niechcianych w innych klubach. Budować coś z niczego. Komentatorzy Super Bowl zwracali na to wielokrotnie uwagę, że drużyna Saints jeszcze niedawno była na dnie, wygrywała raptem kilka meczów w sezonie. A dziś zdobywa najwyższy laur. Mnie od razu przed oczami stanął inny zespół z tego miasta – Hornets. Przez długi czas cienias ligi NBA, chłopcy do bicia. Do 2008 roku. Wtedy też, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienili się w jeden z najlepszych zespołów ligi, prowadzili w najsilniejszej dywizji w NBA, w całej konferencji ustępując jedynie późniejszym finalistom Lakers. Laurów nie zdobyli, jednak tamten sezon odmienił ich, stali się drużyną, z którą każdy musi się liczyć. Magia miasta?

Czekam do kolejnego sezonu NFL. Być może tym razem uda mi się obejrzeć więcej spotkań, niż to jedno finałowe, na pewno jednak postaram się być świadkiem Super Bowl nr 45. Polecam każdemu.

piątek, 05 lutego 2010
Villeneuve i Ralf Schumacher powrócą?

Ta dwójka weteranów wymieniana jest w kontekście zajęcia miejsc w bolidach Stefan GP. Zespołu, który w obliczu problemów finansowych Camposa, liczy na zajęcie jego miejsca w tegorocznym sezonie.

Stefan GP nie daje o sobie zapomnieć. Od końca zeszłego roku, a nawet wcześniej – od momentu ogłoszenia nowych zespołów, mających dołączyć do F1 od tego sezonu, Zoran Stefanovic i jego zespół usilnie próbują znaleźć się w tegorocznej stawce. Wywiady, zapowiedzi, które co prawda nie wnosiły nic nowego do dyskusji, najczęściej bowiem padał w nich zwrot „tak, ale nic więcej nie mogę powiedzieć”, skutecznie podtrzymywały wszystkich w napięciu. W Stefan GP przynajmniej oficjalnie wszystko jest i było od samego początku w porządku, i ten zespół, wg zapewnień jest w pełni gotowy do wejścia do F1.

Ciekawi mnie ile w tym blefu. Wydaje mi się bowiem nieprawdopodobne, by w tak krótkim czasie i po cichu (bez żadnych spektakularnych sponsorów czy nazwisk kierowców, szefów, inżynierów) udało się zebrać zespół ludzi zdolnych do podjęcia rywalizacji w najdroższym, najbardziej wymagającym i najbardziej zaawansowanym technologicznie sporcie. Wykupiony program rozwoju bolidu od Toyoty zapewnia samochód, rząd serbski ponoć wspiera zespół finansowo (w ogóle narobiło nam się rządowo – Lopez z USGPE wspierany przez rząd Argentyny, Lotus przez malezyjski), więc niby wszystko gra. Brakowało kierowców, aż i ich nazwiska się pojawiły – i to nie byle jakie. Oczywiście można się zastanawiać, czy jest to duet na miarę choćby punktów, bo przede wszystkim Villeneuve dawno nie jeździł, a DTM w których startował ostatnio brat Michael’a to nie to samo co F1, ale marketingowo to na pewno świetny ruch. Oczywiście jeśli te doniesienia się sprawdzą.

Coś jednak musi być na rzeczy. Stefan GP jako pierwszy zespół, nawet nie mając miejsca na starty, wysłał kilka dni temu do Bahrajnu kontener z częściami, na pierwszy wyścig sezonu. Ironia? Kolejny blef? Czy potwierdzenie pewności miejsca na starcie? Potwierdzenie tym samym, że pewne jest, że któryś z dwójki USGPE-Campos nie rozpocznie tego sezonu? Odpowiedź – jak zwykle – przyniosą najbliższe dni.

Szkoda by mi było jednak Camposa. Szkoda mi go nawet teraz. Prawdziwie wyścigowy zespół może nie podołać finansowo. Prowadzone są rozmowy z potencjalnym sponsorem, ale ich rezultatów jakoś nie widać, mimo, że są prowadzone od dobrych już kilku tygodni.

Szkoda też, być może przede wszystkim, Bruno Senny – kierowcy, na którego debiut najbardziej wszyscy czekamy. Powrót nazwiska-legendy do F1, wielkie oczekiwania, wielki talent – takie sformułowania najczęściej się pojawiają w kontekście siostrzeńca Ayrtona i wielka szkoda by była, gdyby nie miał okazji pokazać na co go stać.

Wydaje się więc, że niezależnie, czy na starcie toru w Bahrajnie stanie zespół SGP czy Campos Meta, staną tam kolejne wielkie nazwiska – Senna lub Villeneuve/Schumacher. Dla przyszłości tego sportu lepiej by jednak było, gdyby był to Senna.

13:51, reventon710 , Motorsport
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 lutego 2010
Globalna ankieta o F1

W czasie pomiędzy zakończonymi właśnie testami w Walencji, a zbliżającymi się kolejnymi w Jerez w połowie przyszłego tygodnia, aby nie mieć zbyt długiej rozłąki z F1, wartą zainteresowania się jest globalna ankieta o F1 na stronie http://www.lgf1racingfansurvey.com.

Ankieta opracowana została wspólnie przez LG – globalnego sponsora Formuły 1, i F1 Racing – największy i najlepszy magazyn o tym sporcie. Przygotowana jest w niemal 20 językach, wśród nich również po polsku, tak więc z jej wypełnieniem nie ma żadnego problemu.

Ankieta obejmuje bardzo szeroką tematykę. Ma na celu poznanie punktu widzenia i opinii kibiców na całym świecie, o wielu tematach istotnych dla Formuły 1. Porusza naprawdę chyba wszystkie ważniejsze aspekty tego sportu, zadając pytania o FOTA, tory i kraje, w których wg kibiców powinny się odbywać wyścigi, sympatii do poszczególnych kierowców i zespołów, przyszłości technologicznej samochodów (w tym również o zeszłoroczny KERS), sponsorów czy ogólnego wizerunku F1. Pytania są szczegółowe, ale bardzo dobrze opracowane, dzięki czemu wypełnianie ankiety nie męczy ani nie jest nudne. Dzięki zastosowaniu różnorodnych metod jest też intuicyjne – zdecydowana większość odpowiedzi udzielanych jest za pomocą kliknięć, jedynie jedno pytanie wymagało użycia klawiatury.

Mimo, że w intrze autorzy zapowiadają, że wypełnienie ankiety zajmie kilka minut (stały numer wszystkich ankieterów), w rzeczywistości zajmuje ona przynajmniej 20 minut. Ale wg mnie zdecydowanie warto poświęcić ten czas. Zebrane w ten sposób dane na pewno będą reprezentatywne i można liczyć na to, że nie pozostaną bez echa.

Wyniki ankiety zostaną opublikowane w kwietniowym numerze F1 Racing.

13:51, reventon710 , Motorsport
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010
Testy w Walencji, czyli nic nie wiadomo

A więc mamy reprezentanta 12 narodowości w F1. Rosjanin Pietrow dziś na poważnie rozpoczął swoją przygodę z Formułą 1. I to chyba jedyna pewna informacja płynąca z toru w Walencji. O formie poszczególnych zawodników i sile poszczególnych maszyn nie można powiedzieć nic pewnego. Wyniki najszybszych okrążeń nie są miarodajne, jest zbyt wiele niewiadomych.

Trudno już teraz, po niecałych dwóch dniach pierwszych tegorocznych testów wyrokować, kto jest w jakiej formie. 7 ekip, które startują w testach w Walencji realizuje swoje różne cele, na osiąganie najszybszych wyników przyjdzie czas później. Zwraca uwagę fakt, że spośród 14 zawodników, którzy uczestniczą w testach, dla aż 10 jest to debiut w swoich zespołach. „Starzy” to jedynie Hamilton, dwójka z Toro Rosso – Buemi i Alguersuari, oraz Massa, ale i on miał dłuższą rozłąkę z bolidem i ściganiem. Trudno więc oczekiwać, że zawodnicy ci od razu będą wyciskać maksimum ze swoich samochodów, a nie poświęcą pierwszych dni na spokojne „zaznajomienie się” z nim. Zresztą nie tylko oni muszą się uczyć – zakaz tankowania i zmiana innych regulacji, wymusza naukę zachowania bolidu również wśród konstruktorów, inżynierów i mechaników. Słowem – obecne testy to bardziej poligon doświadczalny niż wyciskanie maksa z bolidów, by zabłysnąć najlepszym okrążeniem. Walka o najlepszy czas i przewagę psychologiczną przed startem w Bahrajnie rozegra się prawdopodobnie dopiero podczas ostatniej sesji testowej, na Circuit de Catalunya (25-28 lutego).

Wrócę więc do prezentacji bolidów na nowy rok, w szczególności ich wyglądu. Na ocenę kwestii technicznych, jak już pisałem, jest za wcześnie, i pomimo, że o gustach się ponoć nie dyskutuje, chciałem podzielić się kilkoma refleksjami na temat wyglądu bolidów AD 2010.

Najładniejszy bolid, póki co to dla mnie Sauber. Ładne, czyste malowanie, żadnych udziwnień, żadnych wzorów, mazgajów i innych upstrzeń. Biel jako baza, czarne boki (świetnie wkomponowane kolorystycznie elementy zawieszenia, itd.), na łączeniach czerwień. Jak dla mnie świetny styl, nawiązujący do zeszłorocznego Brawna. I pewnie jak Brawn’owi, w sezonie przybędzie mu kilka naklejek z logo nowych sponsorów, to jednak nie powinien zatracić charakteru. Drugie miejsce w moim rankingu zajmuje McLaren ze swoją innowacyjną płetwą wchodzącą na tylny spojler. Niski, szeroki i długi, sprawia naprawdę mocne wrażenie.

Nie bardzo za to podoba mi się malowanie i ogólny wygląd R30. Nie przemawia do mnie malowanie w czarno-żółte paski i nawiązania do osy czy tygrysa (?!). Bolid na pewno będzie się wyróżniał, ale kolorystyka i przede wszystkim wzór… cóż – nie są w moim guście :-)

Pozostałe bolidy niczym nie zaskakują, każde w mniejszym lub większym stopniu kontynuuje to co już wypracowało wcześniej. Toro Rosso, Williams, Ferrari, a nawet Mercedes, po tym jak pokazany został wzór malowania na zeszłorocznym samochodzie, nie zaskoczył. Nieźle prezentuje się właśnie odsłonięty bolid Virgin Racing, jednak tutaj trzeba będzie poczekać na więcej niż jedno zdjęcie, które aktualnie tylko można zobaczyć na stronie f1.com (gdzie również znajdują się galerie z prezentacji wszystkich bolidów z Walencji).

Z bolidów, które dotychczas nie miały swojej premiery, mnie najbardziej intryguje wygląd Lotusa – zarówno z technicznego punktu widzenia (czy, i jeśli tak, to w jakim stopniu będzie podobny do bolidu Force India), jak i stylistycznego (zielony?). Premiera samochodu 12 lutego. Pozostaje czekać.

A start w Bahrajnie już za 36 dni.

14:49, reventon710 , Motorsport
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 stycznia 2010
Argentyńczyk w (US)F1

USF1 ogłosiło podpisanie kontraktu z pierwszym kierowcą – Argentyńczykiem Jose Maria Lopezem. Fakt ten czyni plotki o wycofaniu się USF1 nieco mniej wiarygodnymi, choć jeszcze daleka droga, by zupełnie pozbyć się obaw co do przyszłości zespołu. Ciągle brak wiadomości o drugim kierowcy. Zatrudnienie argentyńskiego kierowcy zawęża też liczbę wolnych miejsc w bolidach do trzech – drugiego fotela USF1 właśnie, Camposa i Renault.

Na chwilę obecną składy zespołów prezentują się następująco:

Ferrari – Massa, Alonso
McLaren – Hamilton, Button
Mercedes – Schumacher, Rosberg
Williams – Barrichello, Hulkenberg
Force India – Sutil, Liuzzi
Campos – Senna
Sauber – Kobayashi, De La Rosa
Virgin – Glock, Di Grassi
Renault – Kubica
Red Bull – Vettel, Webber
Toro Rosso – Buemi, Alguersuari
Lotus – Kovalainen, Trulli
USF1 – Lopez

Jak widać, mamy potwierdzonych pięciu debiutantów w stosunku do poprzedniego sezonu i najprawdopodobniej nie zobaczymy trzech kierowców z roku poprzedniego – pewnego już Raikkonena oraz Grosjean’a i Heidfelda.

Zatrudnienie pierwszego od bodaj 2001 roku Argentyńczyka sprowokowało mnie do przejrzenia narodowości kierowców na 2010 rok – 23 potwierdzonych kierowców pochodzić będzie z 11 krajów:

Niemcy – 6
Brazylia – 4
Hiszpania – 3
Włochy – 2
Wielka Brytania – 2
Argentyna – 1
Polska – 1
Szwajcaria – 1
Finlandia – 1
Australia – 1
Japonia – 1

Dla porównania w całym zeszłym sezonie, wystartowało 25 kierowców, również z 11 krajów. Trzeba jednak pamiętać, że w tym pozostają jeszcze trzy wolne miejsca. I tak w kontekście Renault ostatnio najczęściej wymienia się Rosjanina Vitaly’ego Pietrowa, USF1 od początku swego istnienia zapowiadał, że w USA również są kierowcy którzy podołaliby w Formule 1 i będzie dawał im szanse, a także bez kontraktu, za to z wielkimi nadziejami na start w którymś z bolidów pozostaje Austriak Christian Klien. Są więc realne szanse, że w ostatnich trzech fotelach zobaczymy reprezentantów kolejnych trzech państw.

Co mnie najbardziej zdziwiło po przejrzeniu powyższego zestawienia to brak w niej Francuza (w 2009 ścigało się dwóch). Póki co oczywiście, ale wielkich szans na starty w sezonie 2010 nie daje się Grosjean’owi, a trudno spodziewać się innego debiutanta z tego kraju. Francja rok po roku straciła więc najpierw swoje Grand Prix, potem swoich kierowców. A i jedyny francuski zespół przeszedł ostatnio w ręce luksemburczyka…

12:25, reventon710 , Motorsport
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Puchar Króla Tajlandii - potrzebny czy nie?

Zawodnicy powołani na Turniej o Puchar Króla Tajlandii wrócili do Polski lub są w drodze do swoich klubów przebywających na zagranicznych zgrupowaniach. I znów rozgorzała dyskusja, czy wyprawa do Tajlandii była potrzebna czy nie.

Wg mnie – tak, była potrzebna. Nie można sobie bowiem pozwolić na zmarnowanie jakiejkolwiek szansy na przyjrzenie się zawodnikom, którzy mogą znaleźć się w kadrze na Euro 2012. Wiadomo było, że turniej ten nie jest prestiżowy, że zmierzymy się w nim z, jak to lekceważąco mają w zwyczaju mówić piłkarze i trenerzy, kelnerami, i że o zwycięstwo w nim tak naprawdę powalczymy już w pierwszym meczu z Danią – jedyną drużyną nie-kelnerów.

Należało jednak oczekiwać, że zawodnicy zaprezentują się w nim lepiej. Że nie przegramy w pierwszym meczu 1:3 z Danią. I to Danią, podobnie jak my, złożoną tylko z graczy występujących w duńskiej lidze. Należało oczekiwać, że wyniki pozostałych spotkań, jeśli nie wyższe, to zostaną odniesione w zdecydowanie lepszym stylu, że mecze te będą się toczyły tylko i wyłącznie pod nasze dyktando. Że akcji toczonych na naszej połowie w obu meczach będzie raptem kilka.

Jak było, każdy wie. Nic z tego co napisałem wyżej się nie sprawdziło, Polska wymęczyła zwycięstwa nad zespołami z Singapuru i Tajlandii, choć słowo „wymęczyła” i tak wydaje się zbyt delikatne na to co się tam działo. Z Danią za to już bezdyskusyjnie przegraliśmy.

Gdzie tu więc sens tej wyprawy? Skoro było tragicznie źle, skoro się tam męczyliśmy, to czy nie lepiej było siedzieć w Polsce i się nigdzie nie ruszać? Uważam, że mimo wszystko jest kilka pozytywów. Jednym z nich jest fakt, że Smuda powinien sobie po tej eskapadzie uzmysłowić, że ani w osobie Pawełka ani Przyrowskiego nie powinien szukać bramkarza nawet na ławkę. Mamy o wiele lepszych od nich specjalistów, którzy zaoszczędzą nam nerwów przy każdej interwencji. Dziwi mnie dlaczego nie został powołany Wojciech Skaba z Polonii Bytom/Legii. Bramkarz w mojej ocenie o klasę lepszy od dwójki wyżej wymienionych. Ciekawe czy selekcjoner zdecyduje się dać mu szansę w przyszłości, choć raczej wątpliwe, by im bliżej imprezy decydował się na eksperymenty na tak newralgicznej pozycji.

Zawodnikiem turnieju w polskiej kadrze jest wg mnie debiutant Kamil Glik. Dobre mecze z Tajlandią i Singapurem, nieustępliwość, dobre ustawianie się i pierwszy gol wystawiają mu dobre świadectwo. Trzeba też pamiętać, że dzięki niemu w meczu z Singapurem nie zrobiło się w pewnym momencie 2:2 – gdy po lobie zawodnika tej reprezentacji (jego nazwiska nie sposób zapamiętać ani wymówić) źle ustawiony Przyrowski odprowadzał piłkę wzrokiem, Glik wybił ją tuż z linii bramkowej. Zdecydowanie stoper Piasta powinien dostać kolejne szanse.

Nie zawiódł też Peszko. Na jego występie cień jednak położyła czerwona kartka. Owszem, zupełnie niezasłużona, wzięta z kapelusza, ale faktem jest, że zbyt często w protokołach meczowych przy nazwisku Peszko widnieje czerwona kartka.

Nie wiem co myśleć o występie Roberta Lewandowskiego. Zawodnik, którego ostatnio coraz częściej sprzedaje się do innych, silniejszych lig i zespołów, na turnieju takim jak ten powinien niszczyć. Dwie bramki powinny być jego średnią w tym turnieju, a nie całkowitym dorobkiem po trzech meczach. Racją jest, że napastnik żyje z podań całego zespołu, a ten nie istniał, jednak nie widziałem w grze Lewego jakiejś szczególnej determinacji, jakiegoś szczególnego ciągu na bramkę. Ta słabsza postawa w kontekście jego osoby i tak nic nie znaczy, miejsce w kadrze reprezentacji ma pewne, jednak powinien wg mnie trochę bardziej się przykładać do wykańczania sytuacji, które ma. W Tajlandii tego mi zabrakło.

O reszcie zawodników trudno cokolwiek powiedzieć. Każdy zawiódł na swój sposób. Cała drużyna grała słabo, widać było brak zgrania i często brak pomysłu poszczególnych zawodników na rozegranie akcji czy zachowanie w poszczególnych momentach. Nie dało się zauważyć lidera, czy nawet osoby, która miałaby ochotę wziąć odpowiedzialność za grę na swoje barki.

Największą winę za tak kiepską postawę zawodników złożyłbym jednak na karb… przyzwyczajenia. Przyzwyczajenia do tego, że styczeń to nie pora na grę, a odpoczynek, później obozy i przygotowania do sezonu. I na związany z tym brak gier o stawkę, do którego przyzwyczaili się nasi zawodnicy. Trudno tak od razu wejść w mecz o jakąkolwiek stawkę, skoro przez całe dotychczasowe kariery w styczniu się nie grało. Winą też w jakimś stopniu można obarczyć wszystkich tych – kibiców, media, piłkarzy i trenerów – którzy twierdzili, że wyjazd ten jest bez sensu, że nie przyniesie żadnych korzyści, a turniej jest denny. Skoro nasi piłkarze się nasłuchali tego typu opinii przed wyjazdem, trudno się dziwić, że nie przykładali się do meczów.

Na koniec dołączę do grona „oburzonych” postępowaniem selekcjonera. Uważam, że zabieranie żony na zgrupowanie było skrajnie złym posunięciem. Bezkompromisowy trener (niestety coraz mniej), który od swoich zawodników żąda bezwzględnego profesjonalizmu pod groźbą wyrzucenia z kadry, sam powinien być dla nich przykładem. A takie postępowanie tego nie pokazuje. Teraz ta sytuacja będzie wypominana selekcjonerowi przy każdej, pierwszej lepszej okazji. A tłumaczenia, że „Janas żonę zawsze brał ze sobą” tylko pogarsza sytuację.

21:09, reventon710 , Football
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 stycznia 2010
Cwaniak Heidfeld

Już oficjalnie, bez wątpliwości, informacja została potwierdzona przez menagera Nicka. Dobiegła tym samym końca telenowela pt. „Heidfeld szuka nowego klubu”, jednocześnie pozostawiając przy życiu kolejną, równie długą pt. „Renault szuka drugiego kierowcy”.

W kontekście francuskiego zespołu wymieniało się ostatnio Nicka najczęściej. W sytuacji gdy na rynku nie ma już równie doświadczonych i bądź co bądź solidnych zawodników, a samemu Heidfeldowi zamknięte zostały drzwi do pierwszych składów McLaren’a i Mercedesa, kokpit drugiego samochodu Renault wydawał się najbardziej odpowiednim dla niego miejscem. Odpowiednim zarówno z punktu widzenia szefów francuskiego team’u, kibiców, którzy oczekują dobrych wyników, jak i samego zawodnika. Wydawało się, że NH będzie wolał ściganie się, nawet w słabszym bolidzie, niż ciepłą posadkę jako kierowca testowy i rezerwowy. A jednak nie.

Nick zaryzykował. Zaryzykował, że wypadnie z grona kierowców na dobre, i w pamięci większości zapisze się jako ten, któremu przez ponad 160 wyścigów nie udało się ani razu wygrać. Powrót do ścigania na wysokim poziomie po rocznej przerwie jest trudny, wątpliwości były nawet co do słuszności decyzji byłego mistrza Kimiego, czy dobrze robi odstawiając F1 na rok, czy zdoła wrócić na wysoki poziom po tym czasie. A Nick to jednak przynajmniej półka niżej niż Raikkonen.

Menager Nicka po ogłoszeniu decyzji Niemca skomentował: „Nick chce się w pełni skoncentrować na swojej pracy kierowcy testowego i chce wspierać głównych kierowców swoim doświadczeniem”. I ta wypowiedź mnie rozłożyła – jakiej pracy kierowcy testowego? Przecież testy są zakazane i nic nie wskazuje, by sytuacja ta się zmieniła w najbliższym czasie. Dozwolonych testów na prostej jest ledwie kilka dni w roku, więc to również nie zajmie Heidfeldowi dużo czasu. Poza tym, co najzabawniejsze – Nick „chce wspierać swoim doświadczeniem” Michaela Schumachera? Człowiek, który ani razu nie stanął na najwyższym stopniu podium „chce wspierać swoim doświadczeniem” mistrza, który sztuki tej dokonał 91 razy? Bez przesady…

Wg mnie Nick liczy na zupełnie przeciwną rzecz. Liczy, że coś jednak w Mercedesie pójdzie nie tak: albo, że Schumacher się wycofa, niezależnie czy z powodu kontuzji szyi (po której ponoć ani śladu) czy gdy stwierdzi, że F1 tak się zmieniła, że już nie da rady ścigać się na wysokim poziomie (w co nie wierzę). A jak nie samochód MS, to może Rosberga? Przecież jest młody, niedoświadczony, może nie podołać, tym bardziej, że jak dotąd nic nie osiągnął, a zeszłoroczne pierwsze miejsca w sesjach testowych to nie to samo co wyścigi. A Heidfeld będzie wywierać nacisk. Wtedy, gdyby któryś samochód się zwolnił, Heidfeld osiągnąłby to, o czym marzył od początku – miejsce w jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) bolidzie w stawce. Trochę na około, ale cel zostałby osiągnięty. I w końcu miałby realną szansę wygrywać. Lub przynajmniej wygrać choć raz.

Jak pisałem, Niemiec ryzykuje. Dużo ryzykuje. Czas pokaże, czy to ryzyko się mu opłaci.

15:07, reventon710 , Motorsport
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Marks Masters

11 z 12 – taką skutecznością wygrywania meczów może się pochwalić Mark Selby w turnieju Masters. Tegoroczna edycja była trzecią, w której zagrał i drugą którą wygrał. Jedyny przegrany mecz w turnieju Masters miał miejsce rok temu – oczywiście w finale.

Forma Anglika w tym turnieju jest imponująca. Trzykrotna z rzędu obecność w finale to nie przypadek. Trzeba pamiętać, że Masters to jedna z trzech najbardziej prestiżowych imprez roku, obok Mistrzostw Świata i UK Championship. Do udziału w turnieju zapraszana jest czołowa 16 zawodników z rankingu, i pomimo, że turniej nie daje kolejnych punktów do rankingu, występ tutaj jest zaszczytem i swoistą nobilitacją, dlatego wszyscy traktują go niezmiernie poważnie. I właśnie ta presja wyniku zdaje się bardzo służyć Selby’emu. Po części sam to przyznaje, mówiąc, że atmosfera jest bliska wyższym fazom Mistrzostw Świata, poprzez brak drugiego stołu i toczonego równolegle kolejnego spotkania, tutaj nawet na początku turnieju. Oczy i uwaga wszystkich jest skupiona tylko na jednym stole i zawodniku, który akurat się przy nim znajduje. A Selby świetnie potrafi wytrzymać presję.

Niewiele jednak brakowało, by skuteczność Selby’ego podczas Masters wynosiła 10 z 12. W finale, którego skład był identyczny z tym z roku poprzedniego, przegrywał z Ronnie’m O’Sullivanem 9-6. The Rocket potrzebował jednego frejma, by zwyciężyć. I wtedy powtórzyła się sytuacja sprzed roku, tylko odwróciły się role – wtedy to przegrywający O’Sullivan podniósł się w końcówce i wygrał całe spotkanie 10-8, wczoraj ze stanu 9-6 na 9-10 wyszedł Selby. Finał ten uznawany jest za jeden z najlepszych finałów ostatnich lat. Podczas tych ostatnich 4 frejmów każdy z zawodników miał swoje szanse. Zwłaszcza imponujący był brejk 109 z partii 17, w wykonaniu Marka Selby’ego.

W półfinale Selby pokonał Stephena Maguire’a (który w ćwierćfinale pokonał Ryan’a Day’a 6-1). Zawodnik, o którym najczęściej wspominam, potwierdził to, czego chyba nie tylko ja się po nim spodziewałem – jak zawsze zaszedł wysoko, ale jak zawsze nie zachwycił, było widać brak pewności siebie. Szkoda, wygląda na to, że kolejny sezon przejdzie Szkotowi koło nosa. Trzeba jednak oddać SM, że gra nowym kijem, a to zawsze wymaga przyzwyczajenia i ogrania.

Od przyszłego poniedziałku rusza kolejny turniej – Welsh Open. Ranga niższa, jednak emocji nie powinno zabraknąć.

20:41, reventon710 , Snooker
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 stycznia 2010
"Jakbym grał dwa mecze..."

„Czułem się jakbym grał dwa mecze – jeden przeciwko niemu, drugi przeciwko sobie” – tak Stephen Maguire podsumował swój występ przeciwko Markowi Kingowi podczas trwającego turnieju Masters. Trudno o lepsze podsumowanie. Szkot, pomimo że wygrał to spotkanie i awansował do ćwierćfinału, nie zachwycił. Przez pierwszą część spotkania męczył się, odpowiedni rytm złapał dopiero w drugiej części meczu.

Maguire od kilku lat znajduje się w czołówce mojego prywatnego rankingu, przed każdym turniejem mam nadzieję, że to będzie w końcu ten turniej, od którego Stephen będzie niszczył swoich przeciwników. Bo potencjał ku temu ma, jednak do tej pory go w pełni nie wykorzystywał. Owszem, znajduje się na drugim miejscu rankingu oficjalnego, owszem, zachodzi wysoko w każdym turnieju, jednak wiele razy w decydujących momentach traci gdzieś koncentrację i determinację, i to nie pozwala mu wygrywać turniejów. Zapowiada się, że i ten turniej nie będzie punktem zwrotnym. Z wyciąganiem ostatecznych wniosków trzeba jednak poczekać, w kolejnej rundzie SM zmierzy się ze zwycięzcą pary Ryan Day – Joe Perry.

W pierwszej rundzie udział w prestiżowym turnieju zakończył zwycięzca poprzedniego turnieju, UK ChampionshipDing Junhui. Nie sam fakt przegranej był jednak najbardziej zadziwiający, wszak Mark Selby to światowa czołówka, a rozmiary porażki – 1-6. Wynik sugeruje bardzo łatwe zwycięstwo Anglika.

W tegorocznej edycji turnieju najbardziej ucieszył mnie fakt, że w eliminacjach zagrał Jimmy White. Miło znów było zobaczyć doświadczonego i bardzo sympatycznego zawodnika-legendę w akcji. White przez ostatnie lata bardzo spadł w rankingach, obecnie znajduje się na 56 pozycji, przez poprzednie dwa lata był jeszcze niżej. Mimo to organizatorzy Mastersa, postanowili zaprosić legendę do udziału w turnieju. Naprawdę fajnie się oglądało Jimmy’ego, mimo, że pojedynek przegrał i w turnieju ostatecznie zagrał, wspominany już, Mark King. Mam nadzieję, że JW powróci jeszcze do formy z nie tak dalekiej przeszłości i będziemy mieli częściej okazję do oglądania jego meczów na żywo.

15:04, reventon710 , Snooker
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4